Śląsk Wrocław na kroplówce i Miasto, które nie chce powiedzieć „dość”


Miasto Wrocław od lat ratuje Śląsk kolenymi przelewami, nie rozwiązując żadnego z jego strukturalnych problemów.

21 stycznia 2026 Śląsk Wrocław na kroplówce i Miasto, które nie chce powiedzieć „dość”

30 milionów złotych dostanie od miasta Śląsk Wrocław. Tak po prostu, z dnia na dzień. Nasuwa się pytanie, gdzie są granice odpowiedzialności władzy publicznej? Bo kiedy miasto przez lata pompuje miliony w jeden klub sportowy, jednocześnie odmawiając jego sprzedaży, umarzając długi i konwertując pożyczki na akcje, przestaje to być „właścicielstwo”, a zaczyna być systemowym podtrzymywaniem projektu, który bez kroplówki nie oddycha.


Udostępnij na Udostępnij na

Każdy pojedynczy przelew da się wytłumaczyć. Każdy! Zawsze znajdzie się narracja taka jak „ratowanie płynności”, „walka o awans”, „nowa wizja rozwoju” czy – moja ulubiona – „przygotowanie klubu do sprzedaży”. Problem polega na tym, że Śląsk Wrocław już dawno z trybu wyjątkowego przeszedł w tryb powtarzalny.

Przygotowanie klubu do sprzedaży? Przelew z miasta. Słaby wynik sportowy? Przelew z miasta. Nieodpowiedzialny prezes rozdmuchujący koszty do 80 milionów złotych? Przelew z miasta.

I tak od lat. W normalnym biznesie to się nazywa model trwale nierentowny. W modelu miejskim górnolotnie nazywa się to „odpowiedzialnością właścicielską”.

Klub miejski, czyli klub bez bankructwa

Śląsk Wrocław ma przewagę, której nie ma żaden prywatny klub. Nie może upaść w klasycznym sensie rynkowym. Nie dlatego, że jest lepiej zarządzany. Dlatego, że jego właścicielem jest Wrocław, co zmienia wszystko. Ryzyko sportowe przestaje być ryzykiem egzystencjalnym, zadłużenie nie oznacza presji banków, tylko presję polityczną, błędy nie kończą się upadłością, tylko kolejną uchwałą. Ot taka systemowa przewaga.

Formalnie niby wszystko się zgadza. Podwyższenie kapitału zakładowego jest legalne, tak samo jak pożyczki właścicielskie, konwersja długu na akcje czy brak sprzedaży klubu, która przecież jest decyzją właścicielską. Tylko, że w realnym obiegu społecznym nie funkcjonują formy prawne, tylko skutki. A skutek jest bardzo prosty. Miasto finansuje straty klubu, nie inwestuje z perspektywą zwrotu, nie działa jako inwestor tylko jako gwarant przetrwania.

Gdzie kończy się inwestycja, a zaczyna pomoc publiczna?

Prawo unijne daje samorządom furtkę. Jest nią tzw. test prywatnego inwestora (MEOP). Można dokapitalizować klub, jeśli zachowujesz się jak racjonalny podmiot rynkowy. Problem polega na tym, że ten test nie zakłada nieskończonej cierpliwości.

Racjonalny inwestor, gdy mu nie idzie to zmienia strategię, ogranicza straty, sprzedaje aktywa, restrukturyzuje albo wychodzi z projektu. Czego nie robi racjonalny inwestor? Nie zamienia długu w kapitał w nieskończoność, licząc, że „następnym razem się uda” bo to nie jest model inwestycyjny tylko model podtrzymywania projektu za wszelką cenę.

Formalnie oczywiście da się to ubrać w dokumenty. Materialnie coraz trudniej to obronić jako zachowanie rynkowe.

Liczby, które nie dają się zagadać

Straty finansowe Śląska nie są incydentem. To już cecha systemowa. Ujemne wyniki, ujemny kapitał własny, kolejne zobowiązania to nie jest „chwilowy kryzys”. To jest „norma” w której klub generuje stratę, a miasto ją absorbuje.

W prywatnym futbolu to oznacza bankructwo. W miejskim kolejną uchwałę, kolejne głosowanie i kolejne publiczne pieniądze.

Społeczna cena tego modelu

Tu kończy się piłka, a zaczyna miasto. Bo każda złotówka dla klubu to realny koszt alternatywny, realny konflikt priorytetów, realne napięcie społeczne. Nie mam tu na myśli populistycznego „tramwaje kontra piłka”. Chodzi o pytanie, dlaczego jeden podmiot ma gwarancję publicznego ratunku, a inne nie? Dlaczego sport zawodowy ma status niemal „instytucji chronionej”, a inne obszary miasta muszą walczyć o środki w normalnym trybie?

Wkraczamy tu w debatę o granicach odpowiedzialności samorządu.

„Ale inne miasta też to robią!”  To nie jest usprawiedliwienie

Tak, robią. Tak, system jest powszechny. Tak, Polska ma wiele klubów miejskich na kroplówce. Tylko że powszechność patologii nie czyni jej normą. Model „klubu miejskiego” w Polsce coraz bardziej przypomina strukturalne uzależnienie od budżetu, brak realnej odpowiedzialności ekonomicznej, polityczną niechęć do decyzji ostatecznych (sprzedaż, restrukturyzacja, cięcia). Tu nie mam mowy o rozwoju, jest jedynie odkładanie problemu.

Najbardziej niewygodne pytanie

Brzmi brutalnie, ale trzeba je zadać wprost. Czy Śląsk jest projektem sportowym, czy projektem politycznym? Jeśli nie ma daty granicznej wsparcia, nie ma planu dojścia do samodzielności, nie ma realnej strategii wyjścia miasta z właścicielstwa to klub przestaje być przedsięwzięciem sportowym, a staje się trwałym elementem miejskiego systemu finansowego. I na pewno nie jest w tym systemie inwestycją tylko potężnym zobowiązaniem.

Scenariusze przyszłości

Pierwszym jest awans do ekstraklasy dzięki czemu nastanie chwilowa cisza. Ten scenariusz jest najlepszy dla emocji i najwygodniejszy dla urzędników. Jest jednocześnie najgorszy dla struktury, jeśli nic się nie zmieni po awansie. Bo za rok temat wróci.

Drugim scenariuszem jest brak awansu i kolejne pieniądze. Śląsk zostaje w pierwszej lidze, a urzędnicy muszą robić fikołki, żeby znów dosypać publiczne pieniądze. Ten scenariusz wydaje się najbardziej destrukcyjny społecznie.

Kolejnym scenariuszem jest twarda restrukturyzacja. Sportowo bolesna, finansowo jedyna (?) sensowna. Politycznie trudna i dlatego według mnie najmniej realna.

Na koniec – moja ulubiona – prywatyzacja. Ryzykowna, ale systemowo jedyna, która zdejmuje z miasta rolę sponsora ostatniej instancji. Nasuwa się tylko pytanie czy po cyrku, który został odstawiony przez urzędników podczas rozmów z najpierw Westminster, a później z Mariuszem Iwańskim ktoś poważny się jeszcze Śląskiem zainteresuje?

Prawdziwy problem nie leży w piłce

Trenerzy, sztaby szkoleniowe, dział skautingu, Akademia, transfery, piłkarze? Nie tutaj leży problem. Problem leży w modelu. Miasto, które nie chce wypuścić z rąk tego projektu, samo wybiera odpowiedzialność za jego porażki. Finansowe, polityczne i społeczne. Nie robi tego dlatego, że musi, ale dlatego, że przez lata konsekwentnie unikało decyzji, które mogłyby ten projekt uratować lub zakończyć.

Dziś nie pytamy już „czy Śląsk dostanie kolejne pieniądze?”. Dziś pytamy „ile to jeszcze potrwa i kto w końcu powie stop?” Jeśli nikt nie powie to nie jest już pomoc. To jest systemowa kroplówka bez planu odłączenia pacjenta. A każdy lekarz wie, że to nie jest leczenie.

„To tylko kropla w budżecie” – argument, który nie ma sensu

Argument, że 30-40 milionów złotych to drobne przy budżecie miasta rzędu 10 miliardów złotych brzmi efektownie, ale jest całkowicie chybiony. Budżet miasta nie jest jednym workiem pieniędzy, z którego dowolnie wyjmuje się banknoty. To tysiące pozycji, z których większość jest sztywno zaplanowana. Oświata, transport, zobowiązania długoterminowe, utrzymanie infrastruktury. Realna przestrzeń do swobodnych decyzji jest znacznie mniejsza.

W tym kontekście 30 milionów na jeden podmiot nie jest „kroplą”, tylko jedną z największych pojedynczych decyzji uznaniowych, jakie miasto podejmuje w skali roku. Co więcej, logika „to tylko procent budżetu” jest drogą donikąd bo dokładnie w ten sam sposób można usprawiedliwić każdy kolejny przelew.

Jeśli jedynym uzasadnieniem finansowania klubu ma być to, że „miasto stać”, to nie jest to argument ekonomiczny ani właścicielski. To jest rezygnacja z jakichkolwiek kryteriów.

„Skoro dajemy na NFM i Operę, to czemu nie na Śląsk?” – fałszywe porównanie

Porównywanie finansowania Narodowego Forum Muzyki czy Opery Wrocławskiej z kolejnymi milionami dla piłkarskiego Śląska to błąd kategorialny. NFM, teatry i muzea są miejskimi instytucjami kultury, których zadaniem zapisanym w ustawach i statutach jest realizacja misji publicznej: edukacja, dostęp do kultury, działalność non profit.

One z definicji nie mają zarabiać, tylko świadczyć usługi publiczne. Piłkarski klub jest natomiast spółką prawa handlowego, uczestnikiem rynku sportowego i transferowego, który konkuruje z innymi podmiotami i może, a nawet powinien dążyć do samofinansowania. Gdy miasto finansuje teatr, realizuje obowiązek publiczny. Gdy finansuje zawodowy klub piłkarski, zastępuje rynek. To są dwa zupełnie różne światy i wrzucanie ich do jednego worka służy wyłącznie rozmywaniu odpowiedzialności.

Brutalna prawda, od której nie da się już uciec

Śląsk Wrocław z miastem jako właścicielem nie ma żadnych realnych szans na rozwój. Może trwać, może dryfować, może być podtrzymywany kolejnymi przelewami, ale nie może stać się nowoczesnym, samodzielnym klubem, który wykorzystuje swój potencjał sportowy, biznesowy i społeczny. Miejski model nie buduje wartości. On ją przepala.

Każdy kolejny milion z budżetu miasta to nie inwestycja, tylko dokładanie do pieca, w którym od lat spalane są publiczne pieniądze, ambicje kibiców i przyszłość klubu. Urzędnicy, nie są właścicielami zdolnymi do rozwoju projektu sportowego. Nie mają do tego odpowiednich kompetencji, nie ponoszą osobistego ryzyka, nie myślą w horyzoncie dekady. Nie odpowiadają za skutki złych decyzji tak, jak odpowiadałby prywatny inwestor.

W efekcie Śląsk stał się zabawką systemu, a nie klubem z wizją. Miasto „ratuje” go przed upadkiem głosząc górnolotne brednie o srebrach rodowych, jednocześnie odbierając mu szansę na prawdziwe odbicie się od dna. W tej politycznej grze przegrywają wszyscy. Mieszkańcy, którzy finansują ten mechanizm bez końca, oraz kibice, którym zamiast realnej przyszłości sprzedaje się kolejną obietnicę i kolejny sezon na kroplówce.

Potencjał Śląska jest ogromny. Problem w tym, że w obecnym modelu jest on nie rozwijany, tylko marnowany. Najgorsze jest to, że ten błąd jest popełniany świadomie i z pełną świadomością konsekwencji.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze